Vincent van Gogh – mit samobójcy

Zamieszczony przez dnia Lis 16, 2011 | 2 komentarze

Vincent van Gogh – mit samobójcy

Żył biednie, kochał gorąco, malował z pasją. Pewnego dnia w przypływie szaleństwa albo rozpaczy targnął się na własne życie. Czy aby na pewno?

Tę wersję śmierci, na której zbudowano mit wielkiego geniusza, podważa najnowsza biografia Vincenta van Gogha. Jej autorzy, Steven Naifeh i Gregory White Smith, twierdzą, że strzał – najprawdopodobniej przypadkowo – oddał jeden z chłopców spędzających wakacje w willi sąsiadującej z kwaterą malarza.

Naifeh i Smith uchodzą za rzetelnych publicystów (w 1991 roku otrzymali Nagrodę Pulitzera za biografię Jacksona Pollocka), opowieść o życiu van Gogha tworzyli przez dziesięć lat przy pomocy ponad 20 tłumaczy i dużej grupy specjalistów. Dzięki wsparciu Muzeum van Gogha w Amsterdamie uzyskali dostęp do tysięcy listów malarza oraz jego rodziny. W efekcie powstała prawie 1000-stronicowa książka „Van Gogh: The Life”, która niedawno ukazała się w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Dzieła van Gogha osiągają dziś na aukcjach horrendalne ceny, za życia sprzedał jednak ledwo dziesięć płócien. Cierpiał skrajną biedę, żył jedynie dzięki pomocy otrzymywanej od ukochanego brata. Schorowany, dręczony zaburzeniami psychicznymi, depresjami, halucynacjami i maniami, wyniszczany przez alkoholizm, syfilis, bezsenność, przepracowanie, złe odżywanie, przedzierał się – jak pisał w listach do Theo – ku prawdziwemu życiu, najpierw przez głoszenie Dobrej Nowiny, potem poprzez sztukę.

Marzył o założeniu wspólnoty artystycznej, której przywódcą miał zostać Paul Gauguin. Steven Naifeh i Gregory White Smith twierdzą, że Theo van Gogh po prostu opłacił Gauguina, aby dotrzymywał towarzystwa samotnemu Vincentowi. Powątpiewają też w rozpowszechnioną wersję zdarzeń, według której van Gogh po kłótni z podziwianym mistrzem w ataku szału obciął sobie ucho. Uznano to za przejaw jego szaleństwa oraz skłonności autodestrukcyjnych. Nowa biografia dopuszcza jednak możliwość innego scenariusza – ponoć rozgniewany Gauguin obciął gospodarzowi ucho szpadą!

W maju 1889 roku Vincent trafił do szpitala psychiatrycznego w Saint Rémy, gdzie spędził rok. Właśnie tam powstały „Słoneczniki”, „Irysy” i „Gwiaździsta noc”. Młody lekarz, Félix Rey, stwierdził u niego epilepsję. Przez lata kwestionowano słuszność tej diagnozy, jednak amerykańscy biografowie są zdania, że malarz rzeczywiście cierpiał na epilepsję, a jej ataki powodowały „burze elektryczne” w jego mózgu. Popełniał wtedy szalone czyny, których po odzyskaniu świadomości ku własnej rozpaczy nie pamiętał.

Ostatnie 70 dni życia Vincent van Gogh spędził w Auvers nad rzeką Oise, pięknym rolniczym miasteczku niedaleko Paryża. Okoliczne sielskie krajobrazy przyciągały malarzy, a także letników ze stolicy. Malarz zamieszkał w gospodzie Ravoux, gdzie wynajął pokój na poddaszu. Był pełen sił twórczych. Według powszechnie przyjętej wersji popadł jednak w depresję, prawdopodobnie na wieść o problemach finansowych brata, dla którego nie chciał być dłużej ciężarem. Za świadectwo posępnych nastrojów malarza uważany jest obraz „Pole pszenicy z krukami”, interpretowany jako symbol smutku i osamotnienia.

W niedzielę 27 lipca 1890 roku van Gogh jak co dzień wyszedł rano, aby malować. Zabrał ze sobą sztalugi, płótna, pędzle i pudełko z farbami. Przed zmierzchem postrzelił się z rewolweru w górną część brzucha. Brocząc krwią, zdołał jeszcze dotrzeć do gospody. Dwaj lekarze uznali ranę za lekką, nie przewieźli go do szpitala, nie próbowali wyjąć kuli. Wdała się infekcja. 29 lipca o godz. 1:30 w nocy Vincent zmarł w objęciach ukochanego brata.

Steven Naifeh i Gregory White Smith twierdzą, że wydarzenia nie mogły rozegrać się w ten sposób. Podkreślają, że van Gogh w wielu listach rozważał popełnienie samobójstwa, jednak jako człowiek bardzo wierzący odrzucał je, uznając za czyn niemoralny i grzeszny. Wbrew powszechnemu mniemaniu obraz z krukami nie jest też ostatnim dziełem, powstało po nim parę innych płócien o optymistycznej, radosnej wymowie.

Co ciekawe, lekarze stwierdzili, że kula weszła w ciało pod ostrym kątem, co w przypadku samobójstwa jest mało prawdopodobne, ponadto wyglądało na to, że strzał został oddany z tak dużej odległości, że van Gogh nie mógł nacisnąć spustu. Autorzy najnowszej biografii zwracają uwagę, że nie znaleziono broni ani przyborów malarskich. Skąd zresztą wziął rewolwer? W rolniczych okolicach Francji w tamtym czasie niewiele osób posiadało broń, zresztą ludzie uważali malarza za wariata, nikt nie odważyłby się dać mu niebezpiecznego narzędzia. Po latach córka właściciela gospody Adeline Ravoux opowiadała, że artyście przeszkadzały kruki krążące nad polem, dlatego pożyczył od jej ojca rewolwer, aby je płoszyć. Trudno w to jednak uwierzyć – van Gogh bardzo kochał ptaki.

Naifeh i Smith pytają też, w jaki sposób ciężko ranny człowiek zdołał dojść ze wzgórza przez pole do oddalonej o ponad półtora kilometra gospody. Dotarli do relacji znakomitego historyka sztuki, Johna Rewalda, który w latach 30. XX wieku przyjechał do Auvers i rozmawiał z miejscowymi. Pamięć o tragedii sławnego artysty była wtedy jeszcze bardzo żywa. Świadkowie opowiedzieli Rewaldowi, że van Gogh został śmiertelnie postrzelony przez kilku chłopaków. Zdecydował się ich ochraniać, dlatego nie wyznał policjantom prawdy. Podobną historię Naifeh i Smith usłyszeli z ust pewnej kobiety z Auvers, której opowiedział ją dziadek.

Twórcy biografii odnaleźli w bibliotece Frick Art Reference w Nowym Jorku egzemplarz niskonakładowego francuskiego periodyku medycznego, a w nim wywiad, którego udzielił w 1956 roku René Secretan, zamożny francuski biznesmen. W lipcu 1890 roku Secretan miał 16 lat i wypoczywał w Auvers. W wywiadzie wyznał, że razem z bratem Gastonem zachodził do gospody Ravoux. Kupowali van Goghowi drinki, ale także dokuczali. Mimo to, dręczony samotnością, szukał ich towarzystwa.

Naifeh i Smith znaleźli w Luwrze szkic van Gogha, który ich zdaniem przedstawia René w stroju kowbojskim. W 1889 roku słynny Buffalo Bill pokazał w Paryżu show z Dzikiego Zachodu i od tej pory nastoletni Francuzi chętnie bawili się w kowbojów. René Secretan powiedział dziennikarzowi, że to on razem z bratem pożyczył rewolwer od właściciela gospody Gustave’a Ravoux, a van Gogh tę broń im wykradł. René zapewniał, iż w dniu samobójstwa artysty jego i Gastona nie było już w miasteczku.

Autorzy nowej biografii uważają jednak, że to nieprawda – zabójcami holenderskiego malarza są bracia René i Gaston Secretan, a rewolwer być może wystrzelił przypadkowo, podczas zabawy. Zdaniem obu autorów, do tragedii doszło nie na pszenicznym polu, lecz na rue Boucher w Auvers, ulicy małych domków z podwórzami.

Pewien mieszkaniec miasteczka widział wtedy na rue Boucher van Gogha, potem usłyszał odgłos strzału dobiegający z jednego z podwórek. Z tej ulicy droga do gospody Ravoux jest znacznie łatwiejsza i krótsza niż z pola.

Publicyści wysuwają tezę, że dla udręczonego ubóstwem i chorobą artysty śmierć była wyzwoleniem, dlatego nie oskarżył zabójców, którym wielkodusznie nie chciał złamać życia. Dokonana przez obu biografów rekonstrukcja wydarzeń jest przekonująca i dobrze udokumentowana. Leo Jansen, kurator Muzeum van Gogha w Amsterdamie, pozostaje jednak sceptyczny. Jego zdaniem wnioski autorów idą za daleko. Teorii samobójstwa nie należy wykluczać, a wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Być może śmierć artysty na zawsze pozostanie zagadką… René Secretan zmarł w 1957 roku i zabrał swoje tajemnice do grobu. (Tekst powstał w oparciu o artykuł: Nastolatek zastrzelił van Gogha?, autorstwa M. Karolkiewicza, Przegląd 43/2011).

 

Jak te sensacyjne doniesienia wyglądają z punktu widzenia horoskopu urodzeniowego van Gogha? O tym w części II.

© 2011 AstroTranslatio. All rights reserved.

2 komentarze

  1. Bardzo ciekawy artykul.Weryfikuje wersje samobojstwa Van Gogha (i np.jego slynne odciete ucho).Chco prawde mowic nigdy nie dowiemy sie jak bylo naprawde…Nie pierwszy to juz raz kiedy motyw smierci artysty zostaje przez kogos obalony lub tez jednak na zawsze osnuty pozostanie tajemnica (patrz chociazby: Jim Morrisson,Bruce Lee i jego syn, czy tez inni).
    Czasami „mit samobojcy” tworzony i naglasniany jest po smierci artysty dla ucementowania jego pozniejszej slawy i przetransformowaniu go niejako w pozniejsza „wiecznie zywa” legende.
    I takie tez legendy lubimy i takie tez legendy zawsze beda nas fascynowac;)….(niezaleznie od tego ile w nich jest prwawdy ,a ile „basni”)

  2. To nie tyle weryfikacja, co raczej pokazanie, że z punktu widzenia horoskopu urodzeniowego zdarzenie opisane przez biografów mogło mieć miejsce. Po prostu zasady zapowiadające śmierć samobójczą nie znajdują tutaj zastosowania, a przynajmniej ja go nie widzę. Jak było naprawdę, tego zapewne nigdy się nie dowiemy, ale przecież nie o prawdę w micie chodzi.
    Co ciekawe, w ostatnim czasie pojawiło się kilka podobnych (na swój sposób sensacyjnych) informacji, które podważają nasze dotychczasowe przekonania, np. odkrycie, że za zabójstwem policjantki w Heilbronnie i innymi przestępstwami stoi grupa prawicowych ekstremistów, a nie jak przez lata sądzono jakiś fantom; dowody w sprawie Olewnika, która po 10 latach z porwania zamienia się w samouprowadzenie czy zeznania byłego kapitana jachtu „Splendour”, na którym spędzała weekend Natalie Wood; w udzielonym wczoraj wywiadzie telewizyjnym mężczyzna oświadczył, że podczas dochodzenia 30 lat temu zataił wiele istotnych faktów i winą za śmierć aktorki obarczył jej męża, Roberta Wagnera.
    Warto mieć na uwadze, iż jesteśmy już w czasie okołozaćmieniowym, a dzisiaj dodatkowo Słońce tworzy kwadraturę do Neptuna, czyli może być trudno oddzielić prawdę od iluzji i kłamstwa.

Wyślij komentarz

Translate »