Wąż Kwan Yin

Bogini Kwan Yin

Dwie kobiety stały po obu stronach hibiskusowego żywopłotu, który oddzielał od siebie przydomowe ogrody, ponure i gęsto zadrzewione. Żywopłot ozdobiony był niezliczoną ilością pojedynczych, delikatnych kwiatowych kielichów w kolorze różu i w świetle poranka mienił się zielenią. Po jednej stronie – młoda blondynka, nieco wysuszona i wychudzona, ubrana w długą białą poranną suknię, w pończochach oraz butach na wysokim obcasie, starannie uczesana, i to o tak wczesnej porze! Po drugiej zaś chuda jak patyk stara Metyska; czy aby nie była to Chinka? Mogły na to wskazywać jej nieco skośne, czarne oczy przypominające korale. Miała na sobie kompletnie znoszony batikowy sarong oraz toporną kabaję z białej bawełny, bez koronek, spiętą agrafami; była bosa. Jej wypłowiałe, czarne włosy gładko zaczesane do tyłu spinał mały kok. Młoda kobieta, z trudem łapiąc oddech, wyrzuciła z siebie:

– Wąż! Czy to nie oznacza nieszczęścia? Proszę powiedzieć, ale szczerze! Boję się!

Stara odparła:

– Eh, co tam wąż! Przecież ty ciągle się boisz!

W istocie, tak było. Młoda kobieta czasami sama buntowała się przeciwko tym wszystkim swoim lękom, a teraz doszedł do nich jeszcze nowy strach przed wężami!

Dotychczas nie widziała ich zbyt wiele, kilka razy mignęły jej zaledwie w mokrym, ciemnym ogrodzie za domem, uciekając do rzeki, która przepływała nieopodal. Myśli o wężach zaczęły ją jednak prześladować na jawie i we śnie. A wczoraj wieczorem jeden z nich w ciemności, po cichu, wpełznął do domu, jadowity, dorosły wąż, czarny, z białymi pierścieniami, wślizgnął się do pokoju, gdzie spało jej najmłodsze, ukochane dziecko, tak wątłe, że – zdaniem doktora – zawsze będzie wymagało szczególnej troski. Węża zabito i nie wiedziała, co gorsze – widok żywego, sunącego po podłodze czy też martwego, wiotko zwisającego z kija, któremu z pyska kapała gęsta, biała ciecz. Kazała go wyrzucić.

– Nie do rzeki! Tam znowu odżyje – poradziła służba.

Wąż, czy to aby nie jakiś znak? W pokoju dziecka? Cóż by zrobiła, gdyby umarło? Nie przeżyłaby tego. Wiedziała dobrze, że to ją wyniszcza: wszystko przez ten kraj, kraj pełen węży, kraj, którego nienawidziła; tutaj zachorowała. Kto ją wyleczy?Wąż, czy to aby nie jakiś znak? W pokoju dziecka? Cóż by zrobiła, gdyby umarło? Nie przeżyłaby tego. Wiedziała dobrze, że to ją wyniszcza: wszystko przez ten kraj, kraj pełen węży, kraj, którego nienawidziła; tutaj zachorowała. Kto ją wyleczy?

W sąsiednim domu mieszkała duża indyjska rodzina z liczną gromadką małych dzieci; jeden z maleńkich pokoi dla służby, jeszcze za przybudówkami, w pobliżu rzeki, zajmowała stara kobieta, babcia Nènè. Pod małym zadaszeniem wieńczącym pokoik i na rosnących wokół drzewach wisiało mnóstwo bambusowych klatek ze wszystkimi jej ptakami. Wśród nich – ulubieniec staruszki – gwarek o czarnych, błyszczących piórkach i jasnopomarańczowym dziobie; zajmowała się nim przez cały dzień. Czyściła jego klatkę, kąpała go, karmiła, brała na kolana i swoją wysłużoną obrączką – jedynym złotem, jakie posiadała – pocierała jego dziób, dzięki czemu potrafił tak pięknie mówić i gwizdać piosenki! Pewnego razu, zniecierpliwiony jej zabiegami, skrzeknął ze złości i dziobnął kobietę w rękę, lecz ona powiedziała tylko: „Jak możesz, Beo!”.

Służba sąsiadów przynosiła jej talerzyk z jedzeniem i filiżankę kawy, ale poza tym nikt się o nią nie troszczył. Z czasem, ponieważ stara kobieta żyła z dala od świata i niejako sama dla siebie, a druga – ”z sąsiedztwa” – w głębi duszy była wstydliwa, zawiązała się między nimi swoista przyjaźń przez hibiskusowy żywopłot.

Młoda kobieta wcześniej nie spotkała kogoś takiego: staruszkę wyróżniał już sam nieudolny język, nigdy bowiem nie rozmawiała z nią po malajsku, a jedynie swoim łamanym holenderskim, zamieniając g na h i h na g , podkreślając ‘ty’ i ‘twoje’ oraz błędnie akcentując; wyróżniały ją anegdotki, mądre rady, nadzwyczaj długie opowieści o duchach i upiorach, opowiadane szeptem przez kwiatowy żywopłot. Gdyż, podobnie jak każdy, kto mało mówi, raz już zacząwszy, nie potrafiła przestać.

Na początku młoda kobieta myślała, że powinna jej współczuć, teraz zrozumiała – to nie ona miała coś do zaoferowania, ale ta stara, nadzwyczaj spokojna, odważna i skłonna do akceptacji, do pogodzenia się ze wszystkim kobieta dawała jej coś za każdym razem. Nie musiała jej niczego opowiadać ani wyjaśniać; stara zawsze dokładnie wiedziała, co się wydarzyło i miała na ten temat własne zdanie. Także tego poranka, po pamiętnym wieczorze, gdy złapano węża, stała już gotowa, oczekując jej przy żywopłocie.

– Ach, co tam wąż! – powiedziała. – Przecież ty ciągle się boisz. Czy nènè ma z tobą porozmawiać? Dobrze wiesz, nie zawsze może być dobrze, są i nieszczęścia, a potem znowu trochę dobrze, nigdy nie trwać długo – potrząsnęła głową – lęk nie pomoże. A skoro tak bardzo się boisz, powinnaś iść do wróżbity, lepiej wiedzieć! Nènè już taka stara, też dużo nieszczęścia, wiele zapomnieć; mój mąż zawsze dobry dla mnie, a potem nagle martwy!

Zamilkła na chwilę, zamknęła oczy i spod jej powiek po brązowych, pomarszczonych policzkach spłynęło kilka kropel łez. Westchnęła, pociągnęła nosem i ponownie otworzyła oczy.

– Nènè już tak dużo płakać, niewiele pomaga – zawahała się.

Czy powinna wspomnieć o swoich zmarłych dzieciach, o wnukach, także już dorosłych, które mieszkają w tym domu, wstydzą się jej i wcale się o nią nie troszczą? O prawnukach, którym nie wolno nawet odwiedzić jej tutaj, za ogrodem? O samotności? Ubóstwie? Nigdy się nie skarżyła, teraz też tego nie zrobi; uśmiech niczym grymas wykrzywił jej twarz:

– Wystarczy, że coś lubimy albo bardzo kochamy, niekoniecznie to musi być mężczyzna, kobieta, dziecko, twój ojciec, matka, czy inna osoba, równie dobrze zwierzę, ładna muzyka, czytanie książki, chodzenie po górach, zwyczajne wałęsanie się wzdłuż drogi albo codzienna praca! Jeżeli tylko coś lubisz, to wszystko w porządku!

Głęboko osadzone, skośne oczy zajaśniały znowu dawnym blaskiem:

– Nènè już taka stara i kochać wiele swoich ptaków; Beo taki kochany dla mnie!

Słowo „kochany” zaakcentowała gwałtownie, pochylając do przodu głowę.

Młoda kobieta stała zasłuchana po drugiej stronie żywopłotu.

Spotkanie jak zwykle uspokajało ją i uprzyjemniało czas.

Ale nagle stara wróciła do tematu wróżbity:

– Czy zrobisz to, co mówi Nènè?

 

Pełna wersja opowiadania:

Wąż Kwan Yin.pdf

 
 
 

Maria Dermoût (15.06.1888, Pekalongan, Jawa – 27.06.1962, ‚s Gravenhage) – pisarka pochodząca z Holenderskich Indii Wschodnich, reprezentująca tzw. nurt kolonialny w literaturze niderlandzkiej. Zadebiutowała w 1908 roku. Dla jej twórczości szczególnie ważny okazał się pobyt na wyspie Ambon (1910-1912), który zaowocował m.in. powstaniem opowiadań Kleine impressies uit de Molukken (Małe impresje z Moluków) i De haaienvechter (O człowieku, który walczył z rekinami).

W 1952 za powieść Nog pas gisteren (Zaledwie wczoraj) otrzymała nagrodę specjalną Fundacji Jana Camperta. W 1954 roku ukazał się zbiór jej opowiadań De spel van tifa gong’s (Gra gongów tifa), a niespełna rok później powieść uznawana za najważniejszą w dorobku De tienduizend dingen (Dziesięć tysięcy rzeczy). W polskim przekładzie ukazały się dotychczas dwa opowiadania Marii Dermoût: Wąż Kwan Yin oraz O człowieku, który walczył z rekinami (Rita Baum).Więcej o pisarce na stronie prowadzonej przez jej wnuczkę:  http://mariadermout.wordpress.com.

Wyślij komentarz

Translate »